Z letargu wybudził mnie stukot kopyt o bruk, coś nowego. Opuściłem już suche pustkowia i gęste lasy, najbezpieczniejsze dla mnie miejsca. Wjechałem do jakiegoś miasta, mimo wczesnej pory paru ludzi już się obudziło i teraz wykonywali swoje prace. Mimo niezwykle ważnych zajęć ukradkiem patrzyli na mnie, na mój strój i konia. Kochana Bestia potrząsnęła grzywą i tupnęła nogą kiedy jakiś ciekawszy próbował się zbliżyć pod pretekstem zabrania czegoś spod jej kopyt. Obserwowałem tych ludzi spod kaptura w milczeniu, ze spokojem.
-Cicho Bestio, spokojnie.-Wyszeptałem jej do ucha pochylając się do przodu. Klacz ruszyła stępem przed siebie, w mniej zatłoczone uliczki. Nagle tuż przed nią przeleciał jakiś mężczyzna z papierami, mruczał coś do siebie o czasie i odpowiedzialności. Uśmiechnąłem się tylko do siebie pod nosem i zsiadłem z konia. Ożywieniec robił tu zbyt dużą atrakcję, niestety muszę na jakiś czas ukryć moją towarzyszke. Zbliżyłem się do drzew i wpuściłem ją tam, niechętnie, ale posłusznie oddaliła się. Zacząłem szukać w torbie sakwy z pieniędzmi na jakieś zakwaterowanie albo od razu nowy dom. Runy na mojej dłoni zaczęły się jarzyć, zaklęcie wygrywające zadziałało. Czekałem na jakiś ruch ciekawskiego, co teraz ma zamiar zrobić. Jeśli to złodziej nie będzie problemu. Czekałem, aż się zbliży, a kiedy był wystarczająco blisko... Używając zaklęcia niewerbalnego uderzyłem go w brzuch z pięści i podciąłem mu nogi. Stanąłem nad nim z napiętym łukiem wycelowanym w jego pierś i morderczym spojrzeniem. Strzała raniła każdą rasę... Mutantom zadawała dodatkowe obrażenia.
< Ashley? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz