Wstałem w szampańskim humorze. Słoneczko świeci jasno, ptaszki śpiewają... Żyć nie umierać.
Poczłapałem do łazienki, ubrałem się i, co było dość niezwykłe, ruszyłem swój leniwy zadek na spacer.
Idąc mruczałem coś pod nosem. Przed moimi nogami przemknęła mysz goniona przez wielkiego, spasłego kocura. Mojego spasłego kocura. Porwałem go na ręce i zachichotałem, gdy próbował się wyrwać.
- A ty dokąd, spasły prosiaku? Przydałaby ci się dieta... - posadziłem go na ziemie. Niezadowolony miauknął na mnie po czym krokiem obrażonego lorda odszedł na poszukiwanie zbiegłej przekąski.
Nagle za mną usłyszałem kroki. Odwróciłem się. Samuel biegł w moją stronę z papierami w dłoni.
- Ty już wstałeś?! Przecież wiesz, że z samego rana miałeś zająć się podpisywaniem papierów! - wołał już z daleka.
O nie. Ja się na to nie piszę. Dupa w troki i wyjazd stąd.
Kilka minut później siedziałem na gałęzi jakiegoś drzewa.
- Jak mi się nie chce... - jęknąłem, ziewając.
Ponownie usłyszałem kroki. Najpierw myślałem że to Samuel, ale ten ktoś najwyraźniej nie miał tylu zwał tłuszczu co on...
Tak dla zabawy podkradłem się do tego kogoś...
< Maksymilian? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz