Chodziłem sobie po mieście. Chciałem zobaczyć, czy stało się tu coś nowego. Niezbyt często wyłaziłem poza mury mojej twierdzy, ale tym razem mi się nudziło.
Gdzieś po drodze, przy którymś ze straganów usłyszałem rozmowę dwóch kobiet. Mówiły coś o nowej "wyroczni". Zabrzmiało to ciekawie.
Podszedłem do nich. Jak się okazało, stała jeszcze z nimi malutka staruszka, którą znałem już od dawna. Zostałem wyściskany i wycałowany, a jednocześnie dostałem ochrzan, że wciąż nie mam obrączki na palcu.
- Cóż na to poradzę, matulu. - od zawsze ją tak nazywałem. Jej własne dzieci porzuciły ją dawno, dawno temu. Widocznie jestem tak paskudny, że żadna mnie nie chce...
- Nie gadaj głupot, Asieńku. Po prostu się nie starasz.
- Bo nie mam tej jedynej. I chyba nie znajdę. Gdyby ktoś potrafił to przewidzieć... - powoli wstąpiłem na nurtujący mnie temat.
- To może ta wróżka? - zaproponowała jedna z kobiet.
- Wróżka? - udałem zaskoczenie.
- Tak, tak! Chodź, idziemy! - staruszka wyraźnie odżyła. Zostałem zaciągnięty do wróżki, gdzie kobiety poprosiły o miłosną przepowiednie dla mnie...
< Charlotte? >
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz